 |
Data utworzenia: 2009-04-28 Zawsze łączyła ich muzyka Kiedy przychodzi czwartek, myślą tylko o tym, że znów dane im będzie wspólnie zagrać i pośpiewać. W swym ukochanym przyzwyczajeniu tkwią już od niespełna 25 lat. Członkowie kapeli ludowej z Czastar, bo o nich mowa, nie wyobrażają sobie życia bez wspólnych spotkań i publicznych występów. Najstarszy z muzykantów, grający na skrzypcach 99-letni Władysław Suchy z Parcic, jeśli nie może pojawić się na próbie, od razu jest chory. Na szczęście takie chwile należą do rzadkości, nestorowi kapeli niejeden młodzian mógłby pozazdrościć wigoru i energii. Oczywiście wszyscy pewni są tego, że nie zabraknie go podczas przyszłorocznych obchodów jubileuszu 25-lecia istnienia zespołu. Twórcą zespołu był Kazimierz Potomski. - Byłem na każdej próbie zespołu, a kiedy zabrakło bębnisty, sam go z radością zastępowałem. Kapela, która daje nam tyle radości przez te wszystkie lata, oficjalnie powstała 29 marca 1985 roku. W jej pierwotnym składzie znaleźli się: Władysław Suchy, Andrzej Wajner, Stanisłw Machynia, Józef Lesner, Dominik Duda, Zdzisław Matusiak i Feliks Wajner. W pewnym sensie do powstania kapeli przyczyniła się moja znajoma Teresa Żbik, założycielka zespołu folklorystycznego z pobliskich Sokolnik. Pozazdrościłem jej i postanowiłem, że podobna formacja musi powstać w Czastarach. Niemal równocześnie przy kapeli zorganizowaliśmy zespół śpiewaczy – wspomina Kazimierz Potomski. Początki były trudne. Pojawiły się kłopoty z repertuarem, nie było oryginalnych strojów ludowych. W końcu udało się je pożyczyć z Gminnego Ośrodka Kultury w Białej, gdzie rozpadł się właśnie tamtejszy zespół. – Pierwszy występ nasza kapela dała po dwóch miesiącach pracy na gminnej akademii z okazji święta ludowego. Pamiętam, że bardzo ciepło nas wówczas przyjęto, otrzymaliśmy wielkie brawa. Po raz pierwszy poza granicami gminy Czastary wystąpiliśmy na dożynkach w Galewicach. Najlepszym dowodem na to, że się spodobaliśmy, był fakt, iż natychmiast zgłosił się do nas młody człowiek, który bardzo chciał, byśmy grali u niego na weselu. W ten oto sposób z miesiąca na miesiąc stawaliśmy się coraz bardziej popularni, bez naszego występu nie odbyła się żadna większa uroczystość w okolicy. Byliśmy częstymi gośćmi w Sokolnikach, Lututowie, Łubnicach i w wielu innych gminach – dodaje Kazimierz Potomski. Kapela często uczestniczyła w rozmaitych przeglądach. Jej członkowie nagrody i wyróżnienia zdobywali miedzy innymi w Kaliszu, Krotoszynie, czy Pleszewie. Przez 20 lat istnienia dali 180 koncertów, opracowali w tym czasie 150 utworów. Na przestrzeni lat gruntownie odmłodził się skład zespołu. Poza wspomnianym Władysławem Suchym twórczo udzielają się tu: akordeonista Edward Wolny, bębniarz Stanisław Nowak, czasem zastępujący go Zdzisław Matusiak, wokaliści Anna Wierzbińska z mężem Waldemarem Wierzbińskim i nestorem rodu Kazimierzem Wierzbińskim, kontrabasista Stanisław Machynia, soliści Mikołaj Gierus oraz Anna Drosińska. Nad całością czuwa emerytowany nauczyciel, muzyk profesjonalista, Andrzej Wajner. - Były takie momenty, kiedy dochodziło do konfliktów. Widmo zawieszenia działalności kapeli było wówczas bardzo realne. Zawsze jednak udawało się nam przezwyciężać te kłopoty i dlatego trwamy nadal. Zawsze łączyła nas muzyka. Dla rolników czy mechaników pracujących w pobliskim kółku rolniczym czwartkowe próby zawsze były i są nadal odskocznią od szarej monotonii życia i jako kierownik muzyczny zespołu zawsze starałem się o tym pamiętać – mówi Andrzej Wajner. – Nigdy nie wymagałem wielkiego profesjonalizmu, zawsze liczyła się sama chęć do grania. Należy pamiętać, że w większości członkowie zespołu to utalentowani samoucy, którzy pięknie potrafią oddawać się swojej pasji. Kapela ludowa z Czastar z pewnością ma przed sobą długą przyszłość, w ostatnich latach dołączyło do niej sporo młodych ludzi. Zespół zaczyna jednak zmieniać swój charakter, częściej niż ludowe prezentuje teraz piosenki biesiadne. – Myślę, że bierze się to stąd, iż nie mamy właściwie rdzennie przynależnego nam repertuaru, zawsze czerpaliśmy z dorobku innych regionów – tłumaczy Andrzej Wajner. - To samo jest ze strojami, nie mamy żadnych własnych krojów, czy barw. Mamy natomiast coś, co zapewni nam przetrwanie: miłość do muzyki. Kapela z Czastar ma swego mentora, wspomnianego Władysława Suchego. 25 urodziny zespołu zbiegną się z jubileuszem setnych urodzin energicznego muzykanta. Pan Władysław jest człowiekiem, który swe życie przemierza dzierżąc skrzypce. Muzyka to dla niego źródło szczęścia i lekarstwo na nie zawsze usłane różami ziemskie bytowanie. Mieszka w niewielkich Parcicach w powiecie wieruszowskim, sprowadził się tu w 1930 roku. Miał wtedy dwadzieścia lat. – Moi rodzice przez kawał swego życia pracowali w Niemczech. Urodziłem się właśnie tam. Dorastałem z dala od swych polskich rówieśników, polskiej tradycji i polskiej biedy – wspomina Władysław Suchy. – Przyszedł jednak czas, kiedy pomyślałem o wyjeździe do ojczyzny. Otrzymałem wówczas bilet w jedną stronę. I tak już zostałem. Nad tym, co tu zobaczyłem, zapłakałem. Polska była wtedy pogrążona w nędzy, jakiej dziś wprost nie można sobie wyobrazić. Pierwszy kontakt ze skrzypcami pan Władysław miał w wieku 10 lat. Z początku bardziej podobała mu się mandolina, z aprobatą spoglądał też na akordeon, ostatecznie bezkonkurencyjnym w jego oczach okazał się jednak instrument Paganiniego. Jak zaznacza, nie jest samoukiem, pierwsze tajniki gry zgłębiał będąc jeszcze w Niemczech. – Kiedy znalazłem się w Polsce, niemal natychmiast poznałem ludzi zajmujących się graniem po weselach i zabawach. Moje muzykowanie bardzo im się spodobało. Stałem się wtedy człowiekiem, o którym było wiadomo, że jest coś wart – mówi z dumą. Aktywne życie artystyczne skrzypka z Parcic przerwała wojna. Zacny instrument na pięć długich lat trafił do futerału, pod groźbą kary śmierci nie wolno było przecież propagować polskiej sztuki ludowej. Do grania powrócił, kiedy los okupanta był już przesądzony. – Zupełnie na poważnie zająłem się tym, kiedy dorośli moi synowie Adam i Kazimierz. Stworzyliśmy wtedy zespół rodzinny. Ja grałem na skrzypcach i klarnecie, mieliśmy też saksofon, akordeon oraz perkusję. Byliśmy w okolicy bardzo znaną grupą, zamawiano nas na wiele tygodni przed występem. Wszyscy jednakowo do tego się przysłużyliśmy, bo muszę przyznać, że chłopcy byli bardzo zdolni. Pewnie trochę odziedziczyli po mnie – śmieje się pan Władysław. Synowie w końcu się pożenili, w skutek czego rodzinna kapela przestała istnieć. Bez grania amator skrzypiec nie mógł jednak długo wytrzymać, postanowił więc wstąpić do zespołu ludowego, funkcjonującego w pobliskich Czastarach. – Jestem z nimi do dziś, pewnie dlatego stałem się rozpoznawalny nawet poza granicami powiatu wieruszowskiego. Występujemy w wielu miejscach i zawsze możemy liczyć na publiczność, która całym sercem interesuje się tym, co robimy. Żałuję tylko, że młodzi się do muzykowania nie garną. Wolą posiedzieć przed telewizorem albo komputerem. Wstydzą się pokazywać w ludowym stroju, o graniu i śpiewaniu nie wspominając – z przekąsem mówi Władysław Suchy. Zachwyt miłośników folkloru wzbudza nie tylko kunszt muzyczny pana Władysława, wtajemniczeni z niekłamaną zazdrością spoglądają również na jego skrzypce. Spoglądając na napis w ich wnętrzu („Copy of Antonius Stradivarius”) nawet kompletny laik doznaje niespotykanego uczucia. – To prawdziwy skarb, mimo że nie jest to oryginał, a jedynie kopia najcenniejszego instrumentu na świecie. Przed niemal 80 laty kosztował on tyle, co dorodna jałówka. Do tych skrzypiec bardzo się przywiązałem, nigdy mnie nie zawiodły, po dziś dzień „trzymają” dźwięk i niepowtarzalną barwę. Grywałem też na innych instrumentach, ale ich brzmienie było głuche. Pociągając smyczkiem po znajomych strunach, mogłem rywalizować nawet z trąbkami – przekonuje z dumą Władysław Suchy. – Te skrzypce to całe moje życie. Dotrzymywały mi towarzystwa nawet w tych najgorszych chwilach. Wycierpiały się niemało. Teraz są trochę przyniszczone, grało się gdzie popadnie: po chałupach, po stodołach, w słońcu i w deszczu. Cieszę się, że, tak jak ja, nadal są w doskonałej formie. Trzeba jednak wszystkim wiedzieć, że muzyka bierze się nie z samego instrumentu. Liczy się człowiek, bo w nim jest dusza. Grać należy tak, żeby to, co w niej siedzi, pokazać innym. Pan Władysław ukochał styl, który powoli odchodzi już w niepamięć. Uwielbia walce, oberki i polki, ale największą miłością darzy tanga. – Zachwyca mnie to niepowtarzalne tempo. Na skrzypcach można to tak zagrać, że każdemu skóra ścierpnie – mówi. – Zawsze lubiłem patrzeć, jak ludzie tańczą przy mojej muzyce. Byli tacy, którzy dali mi odczuć, że stanowimy jakąś niewytłumaczalną, cudowną jedność. W takich chwilach zapominałem o całym świecie. Jak wspominaliśmy, sędziwy skrzypek ma dziś 99 lat. Ktoś, kto go nie zna, mógłby pomylić się jednak o co najmniej 20 wiosen. Energiczny, tryskający optymizmem Władysław Suchy codziennie spotyka się z sąsiadami, koncertuje, a jeszcze nie tak dawno, kiedy miał potrzebę, siadał za kierownicą swego ponad 40-letniego wartburga. – Jestem święcie przekonany, że dzięki miłości do muzyki udało mi się dożyć, bądź co bądź, sędziwego wieku. Dzisiejsza młodzież słucha trzaskania i łomotu. Przy tym można się tylko zdenerwować, a człowiekowi potrzebne są wewnętrzny spokój i harmonia. Wiem, że z tym jest teraz gorzej niż 70 lat temu. Przemysław Chrzanowski
wersja do druku
|
 |